Dziennik Nesty
sobota, 8 sierpnia 2015
Przerwa, Rozdział II
Hej! Cześć tutaj ja, autorka tego bloga. Wyjeżdżam na tydzień i w tym czasie niestety nie wstawię rozdziału II. Powiem tylko, że piszę go dalej. Będzie dość długi i ujawni istotne szczegóły o naszej Nesty. Tymczasem miłych wakacji!
poniedziałek, 27 lipca 2015
Rozdział I
Początek Zamieszania
Kolejne dwa dni, pamiętam jak przez mgłę. Czarne zamazane obrazy, pomieszane dźwięki. Czułam jakby rany się goiły i zrastały. W ustach został mi posmak popcorn'u i ciasta bezowego... dziwne połączenie. Zastanawiałam się nad tym co się stało. Czy żyłam czy nie? Może byłam w szpitalu, a może w drodze do nieba? Może to tylko był sen?- Teraz wiem, że nie, zapewne tak jak ty, droga ja z przyszłości. Zastanawiałam się też nad tym co to była za wioska. Mile od miast i sklepów w stylu antycznym. Czy jakiś milioner zapłacił dużo pieniędzy za tak monumentalną... wioskę wypoczynkową? Nie mam pojęcia. No i ostatnie. Do kogo należały tamte głosy. Przypomniałam sobie co mówił jeden z nich. ,,Ona jest za stara" Dziwne... Czy ten milion... nie to nie ma sensu. Kim niezwykłym byłam, albo mogłabym być gdybym była młodsza? Pytań było zbyt wiele. Mój umysł był zamroczony. Zasypiałam.
***
Lekko otworzyłam oczy. Znajdowałam się w małym pomieszczeniu. Koło szpitalnego łóżka stało krzesło. Przyglądając się mu stwierdziłam, że ktoś na nim siedzi. Teraz widok zaczął łapać ostrość. Była to dziewczyna, wyglądała na moją rówieśniczkę. Miała długie, czarne, włosy i wspaniałe loki. Jej niesamowicie złote oczy wydawały się świecić. Długie czarne rzęsy i czerwone usta. Lekko zadarty nos pięknie komponował się do całości. Poczułam ukłucie zazdrości. Do tego miała dość ciemną karnację. Tamta uśmiechnęła się.
-No myślę, że to jest najwyższy czas, abyś się obudziła! Leżysz tu już dwa dni!- Ja dwa dni... Interesujące. Wcale się tak nie czułam.
-No właśnie, gdzie moje maniery!- stuknęła się w głowę.- Mam na imię Sierra. Wstawaj nie możesz stracić kolejnego dnia!
-Mogę wiedzieć gdzie jestem- zapytałam
-Możesz mi najpierw powiedzieć jak się nazywasz, a potem wszystko Ci pokażę. Wstawaj- odparła i podała mi rękę. Wstałam i zobaczyłam, że na stoliku stoi zwinięta skóra. Wzięłam ją.
Kiedy wyszłyśmy na dwór Sierra rozejrzała się, a jej wzrok spoczął na zawiniątku.
-O Boże już masz trofeum! Ja musiałam czekać cały rok, aż zabiłam potwora! No dobra zaraz zaprowadzę Cię do domu Hermesa... musisz się ogarnąć.
-Jakie trofeum, czekaj o co chodzi z domem Hermesa?- nie rozumiałam do końca co się dzieje.
-Dobrze. Może najpierw się przedstawmy. Jestem Sierra Couple i jestem córką Hekate. Umiem zmieniać wygląd i te sprawy. Mam czternaście lat. Teraz ty!- powiedziała podekscytowana. Nie wydaje mi się, aby córka bogini Hekate miała zachowywać się w ten sposób, ale... Boże kochany córka Hekate?!
-Boże o co Ci chodzi jak to? Czemu uważasz, że jesteś córką bogini?
-Bo każdy z nas tak ma! Zobacz widzisz te blondynki z książkami?- zapytała wskazując na grupę czytających dziewcząt- to są córki Ateny. O! Widzisz tych pucułowatych chłopaków? Oni są od Aresa, a oni- jej palec zatrzymał się na grupie blondynów grających w kosza- to synowie Apolla. Oni są tacy słodcy! Wszyscy pięknie śpiewają, a Sam najlepiej... eh- dziewczyna wlepiła wzrok w domniemanego Sam'a. Szczerze mówiąc nigdy nie interesowali mnie chłopcy, ale zniosę jakoś chwilę wzdychania tej dziewczyny. W końcu spojrzała na mnie i lekko zachichotała.
-Nazywam się Nesty Evangeline i jestem w twoim wieku- wypaliłam.
-O boże, boże, matko najświętsza jesteś NIEUZNANA!!!- wydarła się, a wszyscy skierowali spojrzenia w naszym kierunku. Zwykle byłam raczej typem samotnika, raczej nie z wyboru... więc w tej chwili miałam ochotę schować się pod stół. Na szczęście po chwili wszyscy wrócili do swoich zajęć.
-No dobra lecimy do twojego domku... tymczasowego. Nie wiem czy zostaniesz tam na stałe, chociaż... dzieci Hermesa nie wyglądają jakoś specjalnie- dzięki, wiesz miło. Chociaż w sumie to miała rację. Poszłam za nią. Po drodze mijaliśmy wiele miejsc. Zatrzymałyśmy się chwilę na polu truskawek. Zapach owoców napełniał mój nos. Bodźce były niesamowicie silne. Było gorąco, wszystko pachniało niesamowicie i wyglądało jeszcze lepiej. Czy znalazłam się w raju? Wreszcie doszłyśmy na miejsce. Powiem szczerz, że byłam z lekka rozczarowana. Jeden z domków był ze złota, inny ze srebra, kolejny był niesamowicie niebieski, pełen muszli i rozgwiazd, inny cały porośnięty roślinnością, a to... wyglądało jak stary domek letniskowy... nieważne. Kto wie ile tu zostanę? Powiem szczerze, że jestem chyba nazbyt łatwowierna. Kilka osób powiedziało mi, że bogowie Greccy istnieją, a ja jestem ich dzieckiem i od razu wierzę. Z resztą, co innego mi zostało? Matka wywaliła mnie z domu, ojciec umarł. Może to urocze miejsce nie jest aż tak złe? Sierra otworzyła drzwi i weszłam w sam środek bitwy na poduszki. Dostałam w głowę. Obróciłam się w stronę miejsca, z którego padł cios. Dziewczynka ,która miała... nie wiem z dziewięć lat, uśmiechnęła się figlarnie i schowała się za łóżkiem. Westchnęłam ciężko i udałam się w stronę pustego łóżka. Koleżanka pomachała mi i wyszła. Na łóżku leżała pomarańczowa koszulka. Złapałam ją i ruszyłam w stronę łazienki. Czyli czas się ogarnąć i rozpakować...
-Mogę wiedzieć gdzie jestem- zapytałam
-Możesz mi najpierw powiedzieć jak się nazywasz, a potem wszystko Ci pokażę. Wstawaj- odparła i podała mi rękę. Wstałam i zobaczyłam, że na stoliku stoi zwinięta skóra. Wzięłam ją.
Kiedy wyszłyśmy na dwór Sierra rozejrzała się, a jej wzrok spoczął na zawiniątku.
-O Boże już masz trofeum! Ja musiałam czekać cały rok, aż zabiłam potwora! No dobra zaraz zaprowadzę Cię do domu Hermesa... musisz się ogarnąć.
-Jakie trofeum, czekaj o co chodzi z domem Hermesa?- nie rozumiałam do końca co się dzieje.
-Dobrze. Może najpierw się przedstawmy. Jestem Sierra Couple i jestem córką Hekate. Umiem zmieniać wygląd i te sprawy. Mam czternaście lat. Teraz ty!- powiedziała podekscytowana. Nie wydaje mi się, aby córka bogini Hekate miała zachowywać się w ten sposób, ale... Boże kochany córka Hekate?!
-Boże o co Ci chodzi jak to? Czemu uważasz, że jesteś córką bogini?
-Bo każdy z nas tak ma! Zobacz widzisz te blondynki z książkami?- zapytała wskazując na grupę czytających dziewcząt- to są córki Ateny. O! Widzisz tych pucułowatych chłopaków? Oni są od Aresa, a oni- jej palec zatrzymał się na grupie blondynów grających w kosza- to synowie Apolla. Oni są tacy słodcy! Wszyscy pięknie śpiewają, a Sam najlepiej... eh- dziewczyna wlepiła wzrok w domniemanego Sam'a. Szczerze mówiąc nigdy nie interesowali mnie chłopcy, ale zniosę jakoś chwilę wzdychania tej dziewczyny. W końcu spojrzała na mnie i lekko zachichotała.
-Nazywam się Nesty Evangeline i jestem w twoim wieku- wypaliłam.
-O boże, boże, matko najświętsza jesteś NIEUZNANA!!!- wydarła się, a wszyscy skierowali spojrzenia w naszym kierunku. Zwykle byłam raczej typem samotnika, raczej nie z wyboru... więc w tej chwili miałam ochotę schować się pod stół. Na szczęście po chwili wszyscy wrócili do swoich zajęć.
-No dobra lecimy do twojego domku... tymczasowego. Nie wiem czy zostaniesz tam na stałe, chociaż... dzieci Hermesa nie wyglądają jakoś specjalnie- dzięki, wiesz miło. Chociaż w sumie to miała rację. Poszłam za nią. Po drodze mijaliśmy wiele miejsc. Zatrzymałyśmy się chwilę na polu truskawek. Zapach owoców napełniał mój nos. Bodźce były niesamowicie silne. Było gorąco, wszystko pachniało niesamowicie i wyglądało jeszcze lepiej. Czy znalazłam się w raju? Wreszcie doszłyśmy na miejsce. Powiem szczerz, że byłam z lekka rozczarowana. Jeden z domków był ze złota, inny ze srebra, kolejny był niesamowicie niebieski, pełen muszli i rozgwiazd, inny cały porośnięty roślinnością, a to... wyglądało jak stary domek letniskowy... nieważne. Kto wie ile tu zostanę? Powiem szczerze, że jestem chyba nazbyt łatwowierna. Kilka osób powiedziało mi, że bogowie Greccy istnieją, a ja jestem ich dzieckiem i od razu wierzę. Z resztą, co innego mi zostało? Matka wywaliła mnie z domu, ojciec umarł. Może to urocze miejsce nie jest aż tak złe? Sierra otworzyła drzwi i weszłam w sam środek bitwy na poduszki. Dostałam w głowę. Obróciłam się w stronę miejsca, z którego padł cios. Dziewczynka ,która miała... nie wiem z dziewięć lat, uśmiechnęła się figlarnie i schowała się za łóżkiem. Westchnęłam ciężko i udałam się w stronę pustego łóżka. Koleżanka pomachała mi i wyszła. Na łóżku leżała pomarańczowa koszulka. Złapałam ją i ruszyłam w stronę łazienki. Czyli czas się ogarnąć i rozpakować...
***
Nadszedł czas na kolację... czy mam Ci to opisywać... wątpię. Może powiem tylko, że niezmiernie zachwyciłam się tym ,że mogę jeść co chcę. Najbardziej zaniepokoiła mnie konieczność złożenia ofiary bogom w podzięce za szczęśliwy dzień, życie i to, że jesteśmy uznani, cokolwiek to znaczy. W sensie ty już wiesz tak jak ja... uch to nie ma sensu. Może twoje dzieci nie będą wiedzieć to im to przekażesz. Cała chorda dzieciaków ruszyła w kierunku miejsca przeznaczonego na ognisko. Niesiona przez tłum nie miałam wyboru i musiałam dać prowadzić się tamtędy.
W tłumie zostałam dostrzeżona przez Sierrę. Widziałam, że się przebrała. Miała na sobie taką samą jak ja, pomarańczową koszulkę i legginsy Galaxy. Ciekawe połączenie.
-Słuchaj usiądź po lewej ode mnie to kogoś Ci przedstawię
-Nie ma sprawy... - Mulatka uśmiechnęła się i pociągnęła mnie za sobą.
niedziela, 19 lipca 2015
Prolog
Jak się tu znalazłam?
Trudno, jest pisać o dawnych czasach, ogółem- o przeszłości. Trzeba przypomnieć sobie błędy i porażki. Odgrzebać schowane tajemnice i sekrety, bez względu na to jakie były. Nie powinno się pisać zmienionej prawdy. Jeżeli zamierza się pisać o tym co minęło, trzeba ponieść wszelkie konsekwencje swojego czynu. Jak w życiu. Nie wiem nawet po co to robię. Po co rozpamiętywać porażki? Po co myśleć o potyczkach, kiedy można biec dalej? Dobra koniec tej filozofii, bo raczej to mnie nie zainteresuje za jakieś... dziesięć lat? No powiedzmy, że tak.
***
Biegłam przez las. Poranna rosa skapywała z liści na moją głowę. Ostry zapach wilgotnej ziemi gwałtownie wdzierał mi się do nosa. Byłam podrapana i brudna. Postrzępione ciuchy, ubłocone po kolana nogi, skołtunione włosy. Przepocona i zniszczona, a jednak nie zatrzymywałam się. Czułam oddechy na karku, ciche szepty i dziwne dźwięki. Nie wiedziałam czy to przez strach czy szaleństwo? Może po prostu to prawda? Nie, mój nadzwyczaj, w tamtym okresie, śmiertelny mózg nie umiał tego przyswoić. Boże opanuj się! Potwory nie istnieją! Nie przeszkadzało to jednak wielkiemu wilkołakowi biegnącemu za mną. Czemu mi to robił? Przecież nie istniał, tak samo jak głęboka rana przecinając moje przedramię. Ból był silny... zbyt silny, na kontynuowanie biegu, ale ja kontynuowałam. Chęć przeżycia była zbyt silna by zważać na kolkę, coraz płytszy oddech i niepohamowaną potrzebę odpoczynku. Moja przeszłość mogła mi pomóc, a jednak właśnie mnie niszczyła. Czemu wzięłam z domu pistolet, a nie srebrny nożyk do siekania sera?! Wiem to brzmi dziwnie, ale droga ja z przyszłości, pozwól, że wyjaśnię o co mi chodzi, w końcu może zapomniałaś...
***
Stałam w przedpokoju. Martensy, czarna, skórzana kurtka i jeansy. Spojrzałam w lustro. Moje długie włosy nijakiego koloru, zwisały bezwładnie, grzywka zakrywała lewe oko. Otworzyłam plecak. Napój energetyzujący, kanapka, batoniki zbożowe. Bluza skarpetki latarka i telefon. No i ,,Wyżyny Bólu"- moja ulubiona książka. Blada, czarnowłosa kobieta stanęła przede mną.
-Trzymałam Cię zbyt długo... no, ale przecież dwa lata temu byłaś zbyt mała...
-Yygh, wyjaśnij mi o co chodzi! Po czternastu latach, tak po prostu wywalasz mnie z domu! Myślisz, że gadanie o tym, że dwa lata temu nie mogłaś tego zrobić pomogą?!- wyrzuciłam z siebie. W moim głosie słychać było irytację. No ale kto by się dziwił. Ona chciała mnie WYRZUCIĆ!
-Teraz tego nie zrozumiesz. Idź przed siebie, droga sama się pojawi.- Kobieta z czułością pogłaskała mnie po głowie, jednak ja natychmiast odepchnęłam jej dłoń.
-Super, wiele mi to mówi.
-Weź pistolet pewnie Ci się przyda... ćwiczyłaś, i dobrze.- zimne czarne narzędzie, razem z nabojami spoczęło w moim plecaku. I wyszłam w świat, ruszyłam przed siebie, niby zapominając o wojowniczce, która wysłała mnie w nieznane.
-Teraz tego nie zrozumiesz. Idź przed siebie, droga sama się pojawi.- Kobieta z czułością pogłaskała mnie po głowie, jednak ja natychmiast odepchnęłam jej dłoń.
-Super, wiele mi to mówi.
-Weź pistolet pewnie Ci się przyda... ćwiczyłaś, i dobrze.- zimne czarne narzędzie, razem z nabojami spoczęło w moim plecaku. I wyszłam w świat, ruszyłam przed siebie, niby zapominając o wojowniczce, która wysłała mnie w nieznane.
***
Cóż innego zostało mi, jak nie wyciągnięcie pistoletu? Niestety nic. Złapałam za narzędzie, a zimny metal, niemal przywarł do mojej skóry. W duchu dziękowałam sobie za to, że naładowałam go wcześniej. Odbezpieczyłam i wystrzeliłam, a raczej próbowałam. Właśnie w tym momencie broń palna zmieniła się w białą i zamiast prezentu od matki trzymałam w dłoni... sztylet? Może nóż bojowy. Jedyne o czym myślałam teraz to fakt, że mam przed sobą ważącą ze dwieście kilo bestię i jeden sztylet. Ogólnie rzecz biorąc miałam spore szanse na wygraną. To przykre, że umrę jako czternastolatka, ale cóż zdarza się. Tak myślałam... Chociaż patrząc przez pryzmat tego co się wydarzyło nie wiem czy nie lepiej było się poddać. Może droga ja z przyszłości myślisz teraz inaczej, ale przypomnę Ci, że myślałaś kiedyś właśnie tak jak ja teraz.Wracając do tematu, chyba nie potrzebujesz skomplikowanych opisów o tym co robiłam... odpowiedź jest prosta. We wręcz samobójczym akcie rzuciłam się na zwierze. Próbowałam je zranić, ale... no cóż było to trudne. W ogólnym rozrachunku mimo śmierci bestii i tak gorzej wyszłam ja. Najbardziej zadziwiająca była śmierć mojego przeciwnika, bo muszę przyznać, że to nie nóż zadał ostateczny cios, który spowodował śmierć tajemniczej istoty... Czyli jednak opiszę to dokładniej...
***
Jak głupia skoczyłam na stworzenie, jednak nie trafiłam ani w gardło, ani w serce tylko w ramię. Najgorsza możliwa opcja tym właśnie krokiem skazałam się na przegraną, a jednak żyję! Zadziwiające... Rozjuszony stwór zrzucił mnie z siebie i zaczął szarżować w kierunku miejsca mojego upadku. Zachwiałam się, ale udało mi się wstać. Oczywiście biegnący w moją stronę zwierz nie napawał mnie optymizmem i szczególnie nie zachęcał do walki, ale mimo mojemu zdezorientowaniu udało mi się w ostatniej chwili uskoczyć. Wróg uderzył w drzewo, które stało zaraz za mną co dało mi trochę czasu na ucieczkę... nie może na walkę? Myśli kotłowały mi się w głowie atak, ucieczka, atak ucieczka. Tylko co miałam wybrać?! W jaką stronę pójść, jakie drzwi zatrzasnąć?! Moje wcześniej odkryte ADHD dało się we znaki, więc pobiegła do przodu drąc się z niewyjaśnionego powodu. Wbiłam nóż w klatkę piersiową i uwiesiłam się na nim pozostawiając na torsie bestii pręgę. Opadłam na ziemię. Z dwóch stron ciała znajdowały się ramiona zwierzęcia, a nade mną obrzydliwa wilcza twarz... bądź pysk, a raczej mieszanka tych części ciała... Ludzkiej i zwierzęcej. Ta wcześniej wymieniona wykonała nagły zamach i próbowała uderzyć we mnie, jednak w porę przetoczyłam się w lewo i o włos uniknęłam ciosu. Zaczęłam się czołgać przed siebie, tylko, żeby uciec. Wilk stracił na krótko równowagę, ale szybko zreflektował się i przystąpił do działania. Innymi słowy złapał mnie za zadek. Miło, fajnie i przyjemnie... Zaczął szarpać głową, a szkarłatna ciecz oblała jego... twarzopysk? Nie wiem... przepraszam Cię droga ja z przyszłości, ale nie umiem znaleźć lepszego synonimu... najwyżej kup mi odpowiedni słownik, cofnij się w czasie i mi go uroczyście wręcz. Dobra zbyt odbiegam od tematu. Abstrahując powiem, że nie chciałabyś tego widzieć... chociaż zważywszy na bliznę raczej to pamiętasz... szkoda. No już dobra, piszę. Po krótkiej chwili zostałam upuszczona i kopnięta co było bardzo cywilizowanym ruchem jak na kogoś, kto zapewne ma inteligencję podnośnika widłowego. Próbuj wstać. Niezdarnie ruszyłam się z miejsca, jednak wyznam, że stanie z rozerwanymi mięśniami pośladkowymi jest po prostu emmm... niemożliwe... Spojrzałam w lewo. Wolałam nie widzieć swojego końca. No i wedle życzenia zobaczyłam co innego. Bramę... i domy i ludzi! O Boże żywi ludzie. Tak bardzo się podekscytowałam, że zapomniałam o śmierci i moim futrzastym przyjacielu. Kochany wilczek złapał mnie w ramiona i tulił tak mocno, że zaczęłam się dusić. Upuściłam nóż i zaczęłam się żegnać z życiem. Ryk splótł się z odorem i zostałam uderzona w twarz falą smrodu i dźwięku. Wbiłam paznokcie w jego głowę. Proszę, Proszę, błagam Umrzyj! Zejdź z tego świata wyzioń ducha zgiń, ładnie proszę! I co się stało? Wielkie cielsko opadło na mnie i rozprysło się niczym brązowy balon. BUM! I nie ma. Leżałam pod skórą wilka, a ból mnie rozrywał. Traciłam świadomość, obrazy rozmywały się, dźwięki cichły i łączyły się w jedno. W mętliku tego wszystkiego usłyszałam tylko szept
-Zabieramy ją!
-Przecież może nie być jedną z nas. Patrz, jest za stara!
-Zabiła wilkołaka. Nie może być człowiekiem.
-Zabieramy ją!
-Przecież może nie być jedną z nas. Patrz, jest za stara!
-Zabiła wilkołaka. Nie może być człowiekiem.
***
Witajcie, oto prolog do serii opowiadań o obozie herosów. Mam nadzieję, że wam się spodoba.
Subskrybuj:
Posty (Atom)